JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Historia o tym, jak w Wielkanoc zamiast zająca znalazłem dziecko

27 059  
147   43  
Maciekzam pisze: Jest to moja pierwsza historia opowiadana komukolwiek innemu niż moi znajomi, więc prośba o wyrozumiałość, gdyż w ogóle nie mam w tym doświadczenia.


Cała historia zdarzyła się tego roku w drugi dzień świąt wielkanocnych. Jako że byłem już po rodzinnych uroczystościach, to postanowiłem ruszyć swoją srebrną maszyną na podbój mojego małego miasteczka, czyli samotne patrolowanie miasta i sprawdzanie co tam ciekawego słychać pod TESCO i czy kręcą się już może jacyś znajomi, także znudzeni rodzinnymi posiedzeniami.

Gdy zbliżałem się ku temu młodzieżowemu centrum kultury Podlasia, jakim jest parking pod znanym sklepem, drogę szybkim krokiem przeciął mi młodzieniec niewiele wyższy od krawężnika. Zahamowałem gwałtownie, czekając na rodzica, który będzie biegł za cholernym bachorem przecinającym mi drogę i któremu będę mógł rzucić kilka ciepłych słów, by lepiej pilnował smarka, bo mało go nie rozjechałem.

No właśnie, czekam… Ale jakoś nie widzę, by zmierzała ku niemu jakaś większa od niego postać, która mogłaby być opiekunem – ogólnie okazało się, że miasto opustoszałe – żywej duszy nie ma na horyzoncie, Tesco zamknięte, więc i klientów brak, tylko ja i ten zasmarkany brzdąc w cienkiej zielonej bluzeczce (gdzie temperatura nie była zbyt przyjazna, bo ok. 10 stopni, ale wiecie, 10 stopni na wiosnę to jak 30, bo po zimie, więc połowa Januszy już w krótkich gaciach JACK BOMBER pomykała i w klapkach KUBOTA). Wracając do tematu – wjeżdżam na to młodzieżowe centrum kultury, czyli parking pod słynnym sklepem, nie spuszczając gówniaka z oczu... I tak stanąłem na parkingu, w miejscu, z którego zawsze wszystko widać - całą sytuacje co, kto, gdzie i z kim działa - wiecie, w każdym mieście jest takie miejsce, tzw. LUKACZ.

Patrzę, a ten dzieciak kręci się tak samopas, a to po dworcu, a to przy wózkach pod sklepem. Tak na oko miał może z 3-4 lata... No i zacząłem się martwić, bo jak tak, gówniak sam łazi – wlezie na ulicę, to zaraz go coś pierdzielnie i po dzieciaku będzie, a ja będę bujał się po sądach jako jedyny świadek zdarzenia, mając wyrzuty sumienia, że nie zareagowałem, jak jeszcze mogłem...

Myślę sobie: podjadę bliżej, żeby go nie stracić z oczu i dzwonię po policję, niech go zabiorą (komenda policji była może jakieś 150 m od całego miejsca zdarzenia).
Podjechałem bliżej – nagle dzieciak się zczaił chyba, że na niego filuję i zanim zadzwoniłem na policję, już stał przy moim samochodzie przyklejony zasmarkanym nosem do szyby (zostawił taki długi pasek w dół szyby, jak po ślimakach zostaje taki ślad na drodze, którą się poruszały) – opuszczam szybkę i tutaj zaczyna się moja przygoda z dzieckiem (tak, wiem, że auto z młodym kierowcą na pokładzie zagadującym samotne dziecko wyglądało co najmniej podejrzanie, a i ja czułem się jak pedofil polujący na swoją ofiarę i pewnie gdyby ktoś z boku to zobaczył, to byłbym uznany za co najmniej podejrzanego albo winnego i obity dla pewności, żeby był jeden pedofil mniej – ale podjąłem to ryzyko, chcąc ocalić tego malca). Tu zaczyna się dialog z owym berbeciem (nie wiem jak miał na imię, więc na rzecz historii nazwijmy go Bartuś):
BARTUŚ: Ceść – a zawiezie mnie paaaaaaan?
JA: Dzień dobry, dziecko, a czemu jesteś tutaj sam? Gdzie są twoi rodzice? Zgubiłeś się?
B: Zawiezieeee mnie paaaaaaan?
J: A gdzie cię zawieźć?
B: A nie wiem…
J: To wsiadaj, pojedziemy na komendę!
B: Serioooo? Pojedziemy do panów policjantów?!
J:- Tak! Wskakuj na pokład, mały!

Żeby wam uświadomić jak mały grzdyl to był, to generalnie jak usiadł na miejscu pasażera to w sumie nie siedział, tylko stał między fotelem a deską rozdzielczą i nie widział co się dzieje przez przednią szybkę (a autko miałem wtedy zwykły sedan mitsubishi galant). Jedziemy te parę metrów na komendę – on zadowolony wygląda przez szybę boczną, zajeżdżamy już na miejsce i znowu dialog:
B: Tu mieszkają panowie policjanci?
J: Tak ,chłopcze, tu mieszkają panowie policjanci!
Wchodzimy na komendę – i na naszej komendzie jest tak – wchodzi się i po prawej jest dyżurny za szybką, a po lewej alkomat ogólnodostępny wiszący na ścianie. Tutaj muszę dodać, że jestem niemal stałym bywalcem tego przybytku, gdyż co weekend w niedzielę przychodziłem sprawdzić poziom alkoholu we krwi, żeby sprawdzić, czy po sobotniej imprezie mogę zacząć poranny niedzielny patrol po mieście. Trzymam tego małego Bartusia za rękę i zmierzamy ku dyżurnemu – dyżurny spojrzał na mnie spod stosu papierów, które wypełniał – popatrzył na moją facjatę i mówi:

DYŻURNY: Alkomat jest za panem… - po czym wrócił do wypisywania na pewno bardzo ważnych papierów..
JA: Ale nie! Psze pana, ja dzisiaj nie z tym, bo ja… Dziecko znalazłem… - jako że dzieciaka nie było widać zza lady, podniosłem małego za rękę do góry, tak aby policjant go zobaczył…

Dyżurny pogładził wąs, patrząc odrobinę z niedowierzaniem, po czym wychylił się, zaglądając do jakiejś pakamery i wołając kolegę.
D: Ty, Krystian! Jakiś pan dziecko znalazł…
Krystian wychylił się, również nie dowierzając, z drugiego pokoju, patrząc na szczerbatego dzieciaka wiszącego na jednej ręce, za którą podniosłem go do góry i szczerzącego się co drugim zębem. Podrapał się po głowie i zaczął do mnie wychodzić zza tych wszystkich szybek, przedzierając się przez 4 pary pancernych drzwi.
W tym czasie odstawiony na ziemię dzieciak zaczął wspinać się na palcach, by coś zobaczyć przez ową szybkę:
B: To są panowie policjanci?
J: Tak, dziecko, to są panowie policjanci!
B: JA PIELDOLE!
J: ??
W tym momencie dyżurny spojrzał na mnie – ja na niego – i obaj zaczęliśmy rechotać ze słownictwa wyszczekanego malca. W międzyczasie wyszedł do nas Krystian – spojrzał na malca i mówi:

KRYSTIAN: A! Już wiem, o co chodzi… Dziękujemy panu, zaopiekujemy się chłopcem…
J: Ale jak to tak? Tak po prostu? Żadnego przesłuchania, spisania zeznań, pobierania odcisków palców, sprawdzania kim jestem?
K: Nie ma takiej potrzeby – ten chłopiec jest u nas nie pierwszy raz…
J: Zaraz, zaraz – bo chyba się przesłyszałem. – 4-letni chłopiec ląduje na komendzie nie pierwszy raz?
K: Widzi pan, rodziców ma trochę patologicznych – w ogóle nie pilnują smarkacza i już któryś raz go zgarniamy z miasta i odwozimy do domu. Dzisiaj będzie to samo, opiszemy sprawę po raz kolejny i oddamy rodzicom.
J: No... ten… dobrze… W takim razie do widzenia…
(w tle za drzwiami B: Ten fajny pan policjant mnie tu przywiózł…)

I tak wyszedłem odrobinę skonsternowany z komendy… Niby uratowałem dziecko przed niechybna śmiercią, porwaniem bądź przehandlowaniem przez złych ludzi – a z drugiej strony szkoda mi się go zrobiło, że ma takich rodziców i jedyne co go czeka, to wyrosnąć na osiedlową patologię w rodzinnym domu albo wyrosnąć na patologię w domu dziecka… bo jakoś wielkiej przyszłości to mu nie wróżę – chociaż nigdy nic nie wiadomo.
I z tak mieszanymi uczuciami pojechałem do domu, oddając się jeszcze chwilę rozmyślaniom nad losem biednego chłopca w cienkiej zielonej bluzce.
Teraz zapytam was internetowi specjaliści:

1. Czy dobrze zrobiłem, zgarniając brzdąca i narażając się na łatkę pedofila i porywacza dzieci?

2. Co dalej będzie z malcem? Myślicie, że zabiorą go rodzicom? Jak wygląda procedura w takich przypadkach?

Apel do rodziców: Pilnujcie dzieci!

Oglądany: 27059x | Komentarzy: 43 | Okejek: 147 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało